O świcie wyruszyliśmy w naszą przygodę, pełni nadziei na to, co nas czeka. Pierwszym celem były fortyfikacje hydrotechniczne MRU – to miejsce pełne historii i tajemnic, które na zawsze zostaną w naszej pamięci.
Na początku niebo jeszcze miało delikatny odcień różu, a cisza poranka była przerywana tylko przez śpiew ptaków i odgłos kroków na piasku. Przed wyruszeniem otrzymaliśmy od zaprzyjaźnionego wędkarza piękny prezent – kilka świeżych ryb, które złowilł w nocy. To było coś niezwykłego, tak proste, a jednocześnie pełne ciepła. Te ryby staną się symbolem naszej podróży.
Po długim dniu spędzonym na zwiedzaniu fortyfikacji, znaleźliśmy piękne miejsce biwakowe, tuż przy ujściu rzeki Paklicy do jeziora. Zatrzymaliśmy się, by rozbić obóz, i powoli zaczęliśmy przygotowywać ryby.
Ognisko płonęło wesoło, a zapach smażonej ryby wypełniał powietrze. Każdy kęs to był mały kawałek raju, wspomnienie z tej wspaniałej podróży.
Po sytym posiłku, pełni energii, postanowiliśmy ruszyć na kolejne odkrycie – pobliskie fortyfikacje.
W lesie, niedaleko obozu, natrafiliśmy na prawdziwy grzybowy raj. Nie mieliśmy ani koszyków, ani żadnego specjalnego sprzętu, więc zbieraliśmy je do koszulki, którą zdiąłem z pleców. Grzyby rosły wszędzie, a my w zachwycie pełnym radości zbieraliśmy je do naszej improwizowanej torby. Było ich tak dużo, że nasza koszulka była pełna po kilku chwilach. Kanie, maślaki, podgrzybki – każde z nich idealne, jakby czekały tylko na nas.
Słońce już zaczynało chylić się ku zachodowi, przyszedł czas na smażenie kani.
Czuć było, że ta przygoda jest tylko nasza, pełna drobnych, ale ważnych momentów, które zostaną z nami na długo.
To była podróż pełna prostych, ale wyjątkowych chwil, które nie da się opisać słowami. Tylko kto tam był, zrozumie, jak smakuje prawdziwa wolność.
![]()
